121 Boston Marathon - medal

121. Boston Maraton – część 2

Pierwsza część mojej relacji to kilka zdań na temat tego, co działo się przed samym maratonem. Jakby nie patrzeć, trzeba zajrzeć do sedna … czyli wszystko to, co działo się od momentu wystrzału startera. Zapraszam do drugiej części mojego wpisu.

… została równo minuta do startu …

… w głowie ostatni ‘recap’ strategii na ten bieg. Pierwsze 10 kilometrów dość mocno, w okolicach 3:40 min/km tak, aby wykorzystać to, że trasa jest w dół, później na płaskim kilka sekund wolniej tak, aby zrobić trochę zapasu na drugą część maratonu i tam powalczyć na podbiegach. Tyle teorii …

Jeszcze dosłownie kilka gorączkowych chwil i ruszamy. Po prawej mijamy trybuny i charakterystyczny budynek. Trasa od razu zaczyna prowadzić w dół. Niesamowity widok jak patrzy się na tylu biegaczy przed sobą. To zupełnie inne doświadczenie. Na zbiegu puszczam nogi i biegnę bardziej na wyczucie. Za chwilę pojawia się jednak podbieg i to jest coś, do czego trzeba się przyzwyczaić :). Pierwsze 10 kilometrów to taka huśtawka właśnie, gdzie zbiegi są dłuższe niż podbiegi, co prowadzi całą trasę w dół. Zegarek oznacza dwa pierwsze kilometry równo, po 3:47 min/km. Kolejny bardziej płaski odcinek to 3:43 min/km i znowu bardziej w dół co zegarek zaraz oznajmia: 3:45 min/km i 3:36 min/km. Pierwsza piątka w 18:39, już widzę, że ciężko mi będzie trzymać założoną strategię. W zasięgu wzroku mam Sebastiana, przez chwilę się zrównujemy i podaję mu przechwyconą butelkę wody. Łapię wszystkie możliwe punkty odżywiania, popijam a resztę wylewam na siebie.

Mimo że to początek biegu to niepokoi mnie, że to nie jest swobodny bieg. Słońce i temperatura szybko dają mi się we znaki i mam trochę wrażenie, że już zaczynam walczyć … Od 5 do 10 kilometra trasa robi się bardziej płaska, jest chyba tylko jeden większy podbieg. Poszczególne kilometry wychodzą już wolniej, bo: 3:41, 3:51, 3:52, 3:45 i 3:46 min/km. Ten fragment zamykam w 19:04. Zjadam pierwszy żel, Sebastiana widzę kilkadziesiąt metrów przed sobą. Na poboczu parę osób już maszeruje … tętno jak na ten fragment biegu jest zbyt wysokie, biegnie mi się ciężko … biję się z myślami jak grać dalej. Sebastian kontynuuje dobre tempo i z ciężkim sercem odpuszczam. Nie pozostaje mi nic innego jak stoczyć walkę z resztą trasy. Nastawiam się na wojnę i szukam tempa, które nie będzie mi stwarzało takich problemów.
Kolejne 5 kilometrów jest praktycznie płaskie z drobnymi wahaniami. Zwalniam po parę sekund, aby trochę uspokoić tętno. Kolejne kilometry wychodzą tak: 3:50, 3:52, 3:56, 3:52 i 3:57 min/km. Całość to 19:32 więc kolejna piątka znowu wolniej od poprzedniej.

Kibice i atmosfera

O ile pogoda, przynajmniej w mojej opinii, jest niebiegowa, o tyle idealna do kibicowania. To, co dzieje się na poszczególnych kilometrach jest ciężkie do opisania. Po pierwsze, na całej trasie są kibice. Nie znalazłem choćby miejsca, gdzie nie było ludzi. Wszyscy reagują naprawdę żywiołowo, pomagają i kibicują. To jest dzień wolny od pracy i Amerykanie świętują Patriot’s Day. Wszędzie są rozstawione grille, ludzie podają własną wodę. Miejscami są takie tłumy i hałas, że nawet jeżeli gdzieś gra muzyka, to jest totalnie zagłuszona. Czuję się trochę jak kolarz na Tour de France, gdzie na słynnych podjazdach jest szpaler kibiców :). Niesamowite przeżycie …

Na trasie

Od 15 do 18 kilometra jest delikatnie pod górę, więc trochę tutaj tracę: 3:58, 4:02, 4:02, 3:55 i 3:59 min/km. Ta piątka to 20:01. Co ciekawe słońce chowa się za chmury i poczułem się lepiej. Dodatkowo wbiegam w Wellesley College Scream Tunnel. Dziewczyny robią taki hałas i zgiełk, że słychać go jeszcze 1-2 kilometry dalej :). Biorę kolejny żel. Zaczynam wierzyć, że uda mi się dowieźć rozsądny wynik do mety, mimo że druga część trasy zapowiada się na trudniejszą. Kolejne 5 kilometrów wychodzi praktycznie tak samo, bo równo 20:00. Po 24 kilometrze jest bardzo długi zbieg, więc jest tutaj szybko – 3:47 min/km. Nastawiam się na walkę na podbiegach. Co ciekawe wspina mi się wyjątkowo dobrze, wyprzedzam naprawdę sporo osób. Oczywiście tracę trochę, ale 4:07 min/km nawet przyjmuję z zadowoleniem. Następnie trochę w dół, więc odpoczywam. Tempo 3:56 min/km i znowu podbieg – 4:09 min/km. Dwa podbiegi już za mną, odpoczywam na kolejnym zbiegu – 3:53 i 3:55 min/km. Jak na problemy w pierwszej części trasy czuję się tutaj dobrze. Ta piątka wychodzi dokładnie jak poprzednia, bo równo 20:00.

Zaczynam pracę na kolejnym podbiegu, staram się pracować rękami, tempo wychodzi 4:05 min/km. Dosłownie chwila odpoczynku na płaskim i ostatni trudny fragment – Heartbreak Hill. Niesamowite tłumy, krzyki. Tracę oczywiście, ale udaje się zrobić dobrą pracę – 4:13 i 4:10 min/km. Odpoczywam na kolejnym zbiegu, a to już 35 km. Kolejna piątka blisko, bo 20:24.
Ostatnie 7 kilometrów jest podobne jak na początku, tzn. trasa jest lekko pofałdowana, ale zbiegi są dłuższe niż podbiegi dlatego całość prowadzi w dół. O ile 36 kilometr wychodzi jeszcze poprawnie, bo 3:57 min/km, to następne są już wolniejsze, w okolicy 4:10 min/km. Wylewam gdzieś po drodze całą butelkę zimnej wody na siebie i trochę drętwieją mi nogi. Nie umiem wykrzesać z siebie więcej. Kawałek dalej przez pomyłkę wylewam na siebie jeszcze cały kubek izotonika, także na bank na metę wbiegnę słodki jak cukierek ;). W takim tempie biegnę do mety. Mój czas to 2:47:48, do PB brakuje mi około minuty. Wychodzi na to, że to mój drugi najszybszy maraton.

Na mecie szybko znajduję Sebastiana, który osiąga najlepszy wynik wśród Polaków oraz najlepszy wynik ze swoich zagranicznych maratonów – 2:41:32. Ale prawdziwe gratulacje należą się Michałowi, który pokonuje całą trasę w 2:49:00. Całą trasę pokonuje bardzo równo. Poszczególne piątki różnią się dosłownie o kilka sekund. Pogoda, czy trasa kompletnie nie robią na nim wrażenia. Moje ogromne gratulacje Panowie !

121 Boston Marathon - na mecie
121 Boston Marathon – na mecie

Wnioski

Maraton kosztował mnie naprawdę bardzo dużo wysiłku. Już na pierwszych 10 kilometrach poczułem się źle, więc była ogromna walka, aby przetrzymać ponad 30 kilometrów. Tyle ile nakotłowało się w mojej głowie przez ponad 2h biegu spokojnie mógłbym podzielić na 2-3 inne maratony ;). Chciałbym z tego biegu wyciągnąć wnioski, tak jak to zrobił Bartek po swoim ostatnim maratonie w Niemczech. W czasie podróży miałem dużo czasu, aby się zastanowić, ale nie jest to takie łatwe:

  • na pewno powinienem trochę oszczędzać nogi przed samym startem. Niestety na wyjeździe jest to bardzo trudne, człowiek chce zobaczyć wszystko. Właściwie każdego dnia gdzieś jechałem, gdzieś szedłem, a powinien to być czas największego odpoczynku.
  • trasa wcale nie jest trudna. Dużo gorzej prezentowała się na filmach. Natomiast bardziej zapamiętam widok biegaczy, którzy zbiegali przede mną (niesamowity widok), niż to, że w kilku miejscach trzeba było się wspinać pod górę.
  • pogoda ? No cóż, było grubo powyżej 20 stopni i słonecznie. Nie lubię takiej pogody i biega mi się wtedy ciężko. Kompletnie nie umiem powiedzieć, jakby to wyglądało, gdyby było chłodniej.
  • trening ? Od grudnia udało się wykonać ogromną pracę. Po drodze poprawiłem się praktycznie na wszystkich dystansach i to tych krótszych, z którymi tyle lat miałem problemy. Maraton to wciąż dla mnie koronna konkurencja. Berlin to trasa na rekord świata, nie będzie już wymówek ;).

k.

121 Boston Marathon
121 Boston Marathon

Site Footer

Sliding Sidebar

O blogu

O blogu

Blog poświęcony bieganiu, gdzie znajdziesz informacje na temat moich treningów, zawodów w których brałem udział oraz całą relację z moich przygotowań i udziału w World Marathon Majors. Serdecznie zapraszam :)